wtorek, 27 maja 2014

Kolejny Turniej Tańca






   Telegram. Księżniczka wraz ze swoim partnerem, brała udział w Turnieju Tańca Sportowego w Dziwnowie. Byliśmy i widzieliśmy, a nasza para zdobyła złoty medal. Marzenia Księżniczki się spełniły.
         





środa, 21 maja 2014

Pochwała i nagana




   Większość z Was wie, że choruję na raka tarczycy. Co trzy miesiące przechodzę badania kontrolne, czyli USG i badanie krwi. Najbardziej wytrąca  mnie z równowagi czekanie na wynik markerów.
   W poniedziałek pojechałam na wizytę do lekarki, która opiekuje się mną od 2001 roku.  Niby jestem przyzwyczajona do tego, że czeka się u niej długie godziny. Tym razem miałam ostatni, czyli 27 numer. Przyjmowała od 9.30, to obliczyłam, że mogę iść do przychodni  o 15.00. Kiedy się tam znalazłam, wchodził dopiero 7 numer. O matko, pomyślałam i liczyłam wolniutko w pamięci, że mogę być przyjęta koło 19.00. Na poczekalni było pełno ludzi, nie wolno głośno rozmawiać, bo w drzwiach gabinetu lekarskiego wielka szpara, a hałas przeszkadza pani doktor. Szeptałyśmy sobie cichutko i narzekałyśmy na kwadratowe pupy, od siedzenia na twardych krzesłach. Mimo tego, żadna z pacjentek nie chciała rezygnować  z wizyt naszej lekarki. Jej opieka, choć tak nieprzyjazna w poczekalni, w gabinecie nabiera  troski o właściwe zalecenia.  Lekarka nie wypuści nikogo bez zmierzenia ciśnienia, zważenia, zbadania i zapisania odpowiedniej ilości leków. To ona pamięta o naszym prześwietleniu, mammografii i wszelkich innych badaniach. Każdy pobyt w szpitalu, załatwia osobiście. Jak więc jej nie kochać.
O 16.00 przychodnia opustoszała, a my kwitliśmy w poczekalni. Byłam przyjęta o 20.15. Nikt nie uwierzy, że państwowy lekarz siedzi tyle godzin w przychodni, a ja doświadczam tego od  13 lat. Narzekamy i chwalimy jednocześnie,  ponieważ dobro przeważa, więc 12 września znów zasiądę w poczekalni i posiedzę długo, bo mam 20 numer.

      Pozdrawiam p. Zuzankę z basenu. Do zobaczenia na torze!

środa, 14 maja 2014

Po uroczystości



   Uczestniczyliśmy w uroczystości Pierwszej Komunii św. naszej wnusi. Byliśmy zachwyceni przebiegiem ceremonii. Księża poświęcali całą uwagę dzieciom, rodzicom i rodzinie. Ksiądz opiekun wprowadził swobodną atmosferę, żartował z dziećmi i  uczestnikami mszy. Byłam zachwycona śpiewem pieśni z podkładem muzycznym trzech gitar. Okazało się, że na każdej mszy dla dzieci, panowie zapewniają gitarowy podkład muzyczny. Uważam, że nasza wnuczka miała szczęście trafić do przyjaznej parafii. Dzieci były skromnie ubrane, przeważnie w alby. Dziewczynki nie miały wyfiokowanych fryzur, czyli rodzice również stanęli na wysokości zadania.
   Nie mogę tego powiedzieć o naszym kościele. Nasłuchałam się w nim tylu politycznych kazań, które nie przystawały zupełnie do danej chwili. Na Komunii siostrzeńca, ksiądz nie rozmawiał z dziećmi, tylko opowiadał dyrdymały o ludziach wracających z Syberii, którzy na granicy nie o jedzenie prosili, tylko o komunię świętą. Wspominał coś o słońcu. Byłam pewna, że  za chwilę powie, że słoneczko zaświeciło dzieciom w dniu takiej ważnej uroczystości. Nic z tego. Powiedział, że gdyby to słońce zgasło, to byłoby u nas zimno tak, jak na Syberii.
   I tak nasi księża zniechęcili wielu ludzi do uczestniczenia w mszach.
                                           Spotkanie rodzinne również było przemiłe.


czwartek, 8 maja 2014

Rodzinna uroczystość



   Kilka dni mojej nieobecności na blogu usprawiedliwiam tym, że jedziemy na rodzinne spotkanie z okazji  Komunii św. naszej Księżniczki.
                              Pozdrawiam serdecznie.