piątek, 22 marca 2013

Wielkanoc na Grodzieńszczyźnie - lata pięćdziesiąte



Wielkanoc z mojego dzieciństwa .

  Ogromnie wesołe były święta wielkanocne na Grodzieńszczyźnie, ponieważ ciepłe słonko po ciężkiej zwykle zimie, nastrajało pozytywnie. Czasami zapominaliśmy o troskach i o tym, że tato gdzieś tam daleko marznie na Syberii. 
   Przede wszystkim już samo przygotowanie do świąt cieszyło, bo asystowanie mamie przy farbowaniu jaj w łupinach cebuli było ciekawe. Potem piekliśmy ciasta, przeważnie drożdżowe. Mama dawała mnie i bratu po kawałku ciasta. Naszym zadaniem było ulepić kukiełkę, tak zwanego Moskalika. Brat robił to zręcznie. Jego Moskalik miał i szabelkę i guziki przy mundurze i oczy i nos, a ja swojego bez przerwy poprawiałam, zlepiałam w kulkę i jeszcze raz od nowa. Kiedy udawało się mi uporać z tym ciężkim zadaniem, to ciasto było ciemne, nie zawsze lepiłam go w odpowiednim miejscu i nie najbardziej czystymi rękami. Potem mama te Moskaliki piekła w piecu chlebowym. Bawiliśmy się nimi przez całe święta, a potem zjadaliśmy. Ja swojego "murzyna" też zjadałam.
   Pierwszy dzień Wielkanocy był spokojny. Z pierwszego dnia świąt na drugi, przez całą noc pod okna domu przychodziły grupy młodzieży i śpiewali ułożone na tę okoliczność polskie pieśni.. Pukali w okno i pytali - " Czy można śwętą pieśnię zaśpiewać, dom poweselić". Dokładnie tak pytali. Mama czasami odpowiadała, że dziękuje, ale nie może się weselić, kiedy mąż na Syberii. 
   Przeważnie jednak przyjmowała śpiewaków. Mieszkańcy dawali im za to jajka, częstowali jedzeniem i wódką. Brat mój najbardziej lubił słuchać ich śpiewu nad ranem, bo o tej porze byli już "pod wpływem". Pod okna przychodziły również grupy z innych, niedaleko położonych wsi. Całą noc, aż do świtu trwał koncert. Niewiele rodzin spało tej nocy, a właściwie spali tylko ci, którzy czymś narazili się sąsiadom, więc nikt w tę noc nie zapukał do ich okna aby " zaśpiewać świętą pieśnię ".
   Na drugi dzień komentowano i oceniano, która z grup miała najładniejsze piosenki, która dostała najwięcej jaj, której uczestnicy najwięcej wódki wypili.
   Drugi dzień świąt należał i do dzieci i do dorosłych. Zbierali się na pobliskim pagórku i odbywało się " taczanie jaj ". Puszczało się jajka z górki i jeżeli które uderzyło w jajo leżące na dole, to zabierało się je sobie. Wygrywał ten, kto "wyturlał" najwięcej jaj. Niektórzy wygrywali ich setki, bo i setki jaj przygotowywały gospodynie na święta Wielkanocne.
   Jeszcze jedna konkurencja odbywała się we wsi. Był to konkurs na najmocniejsze jajo. Stukali się jajkami, a przegrywał ten, czyje pękło. Pod koniec ogłaszano, kto jest mistrzem "najmocniejszego jaja" na cały rok. 
  Zabawę tego dnia mieli i dorośli i dzieci.

 

50 komentarzy:

  1. Jajkami też się stukaliśmy ,
    ale niewiele obyczajów przywieźli moi Rodzice stamtąd.
    Przyjechali zresztą tuż po wojnie.
    Ale Ty widzę ,że wszystko pamiętasz.
    Tak miło się wspomina dzieciństwo,
    nawet gdy trudne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam 11 lat, kiedy wyjeżdżaliśmy do Polski, dlatego pamiętam stamtąd niemal wszystko. Tych zwyczajów nie przenieśliśmy do Polski. Byliśmy tylko zszokowani Dyngusem i bardzo się nam nie podobało lanie wodą. Pozdrawiam.

      Usuń
  2. Nie znałam takich obyczajów w swoim dzieciństwie. Twoje, mimo iż bez Taty, były całkiem ciekawe. Ja ze Świąt najlepiej pamiętam śmigusa- dyngusa :))). Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Śmigusa również zapamiętałam, bo po polaniu wodą przez Cygana, wylądowałam w szpitalu na zapalenie płuc. Pozdrawiam.

      Usuń
  3. A nie szukalas zajaca w trawie...?
    Serdecznosci
    Judith

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie znaliśmy tego zwyczaju. Raczej o zającu tam się nie mówiło, bo prezentów nikt nam nie przynosiła. Pozdrawiam.

      Usuń
  4. To stukanie się ugotowanymi jajkami rozpowszechnił w naszym domu mój mąż. Zawsze starał się, aby mały wtedy Wojtek wygrał, bo inaczej byłby płacz. O różnych zwyczajach wielkanocnych opowiadała moja mama, ale żadne z nich nie dotyczyło nocnego śpiewania pod oknami.
    Teraźniejsze święta chyba nie będą miały żadnego uroku, bo zamiast być zielone, są białe.
    Cieplutko pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też martwię się o aurę na święta. Śpiewanie pod oknami było urocze. Najdziwniejsze, że przeważnie czyniły to grupy mężczyzn. Nie pamiętam w grupach śpiewaczych kobiety. dziś juz nie ma kto śpiewać, bo wsie na Białorusi wyludniły się, ludzie mieszkają bliżej miast lub w miastach. Miłego weekendu.

      Usuń
    2. Loteczko, jakoś głupio świętować Wielkanoc, gdy za oknem biel i nie ma nadziei na inny kolor.
      Pieśni śpiewane przez Białorusinów brzmią niezwykle pięknie. Oni chyba są do tego stworzeni.
      Gorąco pozdrawiam w mroźny wieczór.

      Usuń
    3. To były pieśni śpiewane przez Polaków. W naszej miejscowości nie było ani jednej rodziny z innej nacji. Białorusini nie mieli takich zwyczajów i obchodzili swoje święto w innym terminie. Śnieg i mróz nadal królują.

      Usuń
    4. Faktycznie, o tym nie pomyślałam, ale słów o darze Białorusinów do pieśni nie odwołuję.
      U mnie znów mroźno, choć słonecznie, ale co z tego. Na dodatek wieje arktyczny wiatr.
      Życzę spokojnej podróży.

      Usuń
    5. Białorusini, Rosjanie, Ukraińcy mają piękny dar śpiewania, słowiańskie dusze, piękne głosy. Pozdrawiam.

      Usuń
  5. Wspomnienia z dzieciństwa są urocze.
    Pozdrawiam bardzo cieplutko:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lubię wracać wspomnieniami do dzieciństwa. Pozdrawiam.

      Usuń
  6. Nie znałam tych obyczajów...Mimo, że Twój Tata był na Syberii, wasza Mama robiła wszystko byście byli szczęśliwi...
    Ja z bratem w Wielką Sobotę, szukaliśmy pod krzakami rabarbaru prezentów od zajączka. Mamusia piekła pyszne ciasta drożdżowe. Było milo rodzinnie...
    Zawsze na święta miałam nowe buciki, białe podkolanówki i sukienkę...Tak ubrana szłam święcić do kościoła.
    Serdecznie pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy przyjechaliśmy do Polski, również pięknie ubrana chodziłam do kościoła. Pomagał nam wujek z Ameryki, od niego otrzymywaliśmy eleganckie płaszczyki, sukieneczki i wszystko co było potrzebne na rozpoczęcie życia. Mój ojciec był urodzony w Bostonie i tam mamy sporo rodziny ze strony ojca. Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  7. Śpiewanie pieśni pod oknami wspaniałe , powiedziałabym duszoszczypatielnyje. A ostukaniu jajkami też już gdzieś słyszałam, tylko nie mogę sobie przypomnieć . Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stukanie się jajkami spotykaliśmy również w Polsce, natomiast śpiewania pod oknami nie było. Tam również ten zwyczaj zanika, bo sami staruszkowie zostali na wsi, a w mieście nikt pod wieżowcem nie będzie ryczał. Całuski.

      Usuń
  8. Piękne wspomnienia. W mojej rodzinie Wielkanoc, mimo, że jest największym chrześcijańskim świętem, nie cieszyła się taką estymą, jak Boże Narodzenie. Nie była żadnych obyczajów,które w jakikolwiek sposób bym szczególnie zapamiętał poza strzelaniem z karbidu w przedpołudnie po mszy rezurekcyjnej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brat mój również strzelał z karbidu w Polsce. Bardzo nam się Dyngus nie podobał, lanie wodą wydało się nam takie głupkowate. Z czasem zaakceptowaliśmy i to, oblewanie wodą żołnierzy radzieckich, których jednostka znajdowała się po drugiej stronie naszej ulicy, sprawiało wielką frajdę. W Polsce bardziej polubiła Boże Narodzenie.

      Usuń
  9. Ja również nie znałam tych obyczajów. U mnie za to szukało się prezentów od zajączka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W dzieciństwie nie miałam prezentów, byliśmy bardzo biedni, bo ojciec siedział w obozie na Syberii. Miłego weekendu.

      Usuń
  10. Obrzędy wielkanocne i zabawy z tym związane ze wschodnich rubieży Rzplitej są dla mnie, człowieka Zachodu (do tego niemal półkrwi Niemca, donnerwetter!) fascynujące z powody pewnej... egzotyki. U nas, na Śląsku, obrzedowość wielkanocna, z wyjątkiem dyngusu, jest skromna w porównaniu z Bożym Narodzeniem. Tyle, co zapamiętałem z dzieciństwa, to "zajaczek" czyli wielkanicny upominek w drugi dzień Świąt.
    ściskam przedświątecznie ( a jutro nie piszę, bo mi chyba niedzielna palma odbije!)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Polsce polubiłam bardziej Boże Narodzenie, a tam Wielkanoc. Tam, Boże Narodzenie było zwykle mroźne, a w domu często minusowa temperatura. Miałam szwagra z Rydułtów, ludzie ze Śląska urzekają mnie poczuciem humoru i wspaniałą gwarą. Nie odbije Ci palma, bo mróz na to nie pozwoli, będziesz spokojnie siedziała w domku i wygrzewał palmę. Pozdrawiam najserdeczniej.

      Usuń
    2. Jako Krakauer z krwi, kości i sernika wiedeńskiego (ale z korzeniami Pani_Mego_Serca z Murcek i Bobrownik splecionych z ziemią łańcucką:)pogodzić Was spróbuję pod hasłem "Piękna nasza Polska cała...":) Podług mnie, na wiele mnie między Wschodem i Zachodem sądzić, aliści to jeno ostatnich się tyczyć będzie pokoleń, a i to na poziomie warstw najuboższych: to Śląsk, Wielkopolska i Galicja więcej od Kresów będą świętować jadłem, odświętnością potraw i obrzędowością, że tak rzeknę sformalizowaną wpodle kościelnych reguł, zasię wschód mniej może wystawnie stole, zasię więcej w obyczaju bogactwo, pieśni i zabawy, czyli tego, czem najwięcej z ciężarem dnia powszedniego kontrastu szło uczynić... I zabawy te wielekroć więcej żywiołowymi bym widział:)
      Kłaniam nisko:)

      Usuń
    3. Nie wadzimy się Wachmistrzu, sercem wspominamy dzieciństwo, które spędzaliśmy w rożnych regionach. Serdeczności zostawiam.

      Usuń
  11. Jednak kiedyś bylo biedniej ale weselej.....Takie mam odczucia....pozdrowionka serdeczne

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak było, ludzie śpiewali, spotykali się, biesiadowali i byli blisko siebie, a dziś każdy w swoim domu z telewizorem w tle. Pozdrawiam.

      Usuń
  12. Piekne, ale i smutne te Twoje wspomnienia z WielkiejNocy Lotko....No ale nie ma się co dziwić, że smutek stanowił tło tego obrazu.
    Serdeczności pozostawia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydawało mi się, ze napisałam o naszej wielkiej radości z okazji Wielkanocy, bo radowaliśmy się bardzo i pisankami i zieloną trawą i pieśniami pod oknem. Po tylu latach wspominam ten czas z rozrzewnieniem. Pozdrawiam.

      Usuń
  13. Klik dobry:)
    Kiedy żyli moi Rodzice, też organizowali konkurencję na najmocniejsze jajko. Potem jakoś ten obyczaj poszedł w zapomnienie...

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój tato również próbował zachęcić rodzinę do zabawy, ale to nie był już ten radosny nastrój i nie te zwyczaje, jakie "tam" mieliśmy. Pozdrawiam.

      Usuń
  14. Ciekawe zwyczaje, miłe wspomnienia, ja nie mam żadnych, a szkoda.
    Pozdrawiam serdecznie*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po wielu latach przypomnisz swoje święta i ocenisz inaczej. Zobaczysz, że znajdziesz w nich radość i miłe wspomnienia. Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  15. ✿✿彡 °•.
    Bonita lembrança da Páscoa!
    Bom domingo!
    Boa semana!
    Beijinhos do Brasil.✿✿彡 °•.
    ✿✿彡

    OdpowiedzUsuń
  16. Witaj
    Piękne wspomnienia, wzruszające :) dziękuję :)
    Pozdrawiam mile :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja również dziękuje i pozdrawiam.

      Usuń
  17. Ech wspomnienia..Wzruszyłam się czytając Kasiu Twój post.Niestety,ja nie mam barwnych świątecznych wspomnień z okresu dzieciństwa,jedynie króciutkie,malutkie chwile.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami takie malutkie, króciutkie chwile cieszą we wspomnieniach i grzeją duszę.

      Usuń
  18. nic z tego o czym piszesz, loteczko, nie miało miejsca na mazowszu. przynajmniej ja o tym nie słyszałam. jedynie lany poniedziałek pamiętam, bo od czasu do czasu oderwało mi się. nie było zajaczka, były kurczaczki.... i tak można wymienić.
    zimowe będą święta, ale ja i tak za tymi nie przepadam. zwłaszcza w środku zimy.
    pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też wolę Boże Narodzenie, ale tam na Grodzieńszczyźnie Wielkanoc była bardziej uroczysta. Pozdrawiam.

      Usuń
  19. Niezwykłe obyczaje i wspomnienia Lotko. Niektóre są mi znane, min. konkurencja na najmocniejsze jajko. Ale interesuje mnie, co miały symbolizować kukiełki, tj.: moskalik i murzyn? I dlaczego się je jadło? W wikipedia napisane jest, że moskalik to mały śledź marynowany lub solony z dodatkiem korzeni

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To były laleczki z drożdżowego ciasta. sami je lepiliśmy, mama piekła, a potem zjadaliśmy. To nie był zwyczaj powszechny, tylko w naszej rodzinie. Czemu się tak nazywały, nie wiem.

      Usuń
  20. Bardzo ciekawie Loteczko nam opowiedziałaś o zwyczajach, które panowały w Twojej wsi.
    A lanego poniedziałku nie było, tak jak u nas?

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie było, zetknęliśmy się z tym dziwnym zwyczajem w Polsce. Pozdrawiam.

      Usuń
  21. Loteczko dziękuję Ci za te naprawdę piękne wspomnienia i tradycje z tamtych czasów. Łezka mi się w oku zakręciła. Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przed każdymi świętami rozmawiamy o tym i wspominamy. Pozdrawiam.

      Usuń
  22. Bardzo Ci utkwiły w pamięci przezywanie Świat Wielkanocnych bardzo pięknie opisalaś wspomnienia z dziecinnych lat ja tez mam wspomnienia ale nie tak piękne jak Twoje serdecznie pozdrawiam Wesołego Alleluja!

    OdpowiedzUsuń
  23. bardzo wzruszajace wspomnienia... Czy chciała by Pani, aby Polacy na Białorusi je przeczytali? Czy możemy je opublikować z Pani zgody w gazecie, przeznaczonej dla mniejszości polskiej na Bialorusi?

    OdpowiedzUsuń

Sposób komentowania:
Wybrać-Nazwa Adres URL
Wpisać nazwę w pierwszym okienku
Adres URL w drugim - czyli adres bloga.
Anonimowi- nazwę proszę pisać w komentarzu.