niedziela, 28 października 2012

"Pamięć o tych, których nie ma..."



  Zbliża się dzień Wszystkich Świętych.
   Utarło się, że w tym dniu odwiedzamy rodzinne groby, palimy znicze, zanosimy kwiaty i wspominamy chwile, kiedy byli z nami.
   Na grobie rodziców myślę o tym jacy byli dla mnie ważni i jak ich dobre nauki przydają się w życiu. 
   Przy grobie brata mam smutne myśli, bo pamiętam jego zmagania z chorobą stwardnienia rozsianego i w jakiej ciężkiej sytuacji znalazł się pod koniec życia. Pamiętam też jego wspaniałe poczucie humoru.
   Przy grobie cioci, myślę o tym jak opiekowała się nami w dzieciństwie i opowiadała bajki.
  Przy grobach bratowej i szwagra, myślę o tym, że za szybko odeszli.
Poświecę w tym dniu myśli tym, których lubiłam oglądać na  ekranie telewizora,  kina i na scenie teatru.




Odciski rąk na Promenadzie w Międzyzdrojach.

środa, 24 października 2012

Pozytywnie o chorobie nowotworowej

Każdego roku odwiedzam Krzysztofa Kolbergera na Promenadzie Gwiazd w Międzyzdrojach. Podziwiałam go za to, jak potrafił walczyć z chorobą.



    Dużo osób boi się choroby nowotworowej, dlatego postanowiłam zamieścić ten post.
   Na świecie jest dużo nieszczęść i chorób. Chciałabym opisać sytuację mojej rodziny i niech będzie to pozytywna nutka w dzisiejszym dniu.
    W 1984 roku mąż mój zachorował na raka krtani. Bardzo to z córką przeżyłyśmy, bo wtedy rak najczęściej był wyrokiem, a    odmiana tego "potwora" była groźna. Długo było nam ciężko, w nocy nasłuchiwałam czy mąż oddycha, a przy okazji wysyłałam w jego kierunku dobre myśli.
  Czas mijał, a nasz, cicho mówiący rencista żył i szukał celu, bo do pracy wrócić nie mógł. Przejął ode mnie prowadzenie domu, co mi niesamowicie ułatwiło życie. Przez 20 lat był pod kontrolą lekarza i tylko jeden raz było podejrzenie o wznowę choroby.
   W 2001 roku dowiedziałam się, że mam raka tarczycy. Tylko przez godzinę płakałam. Nie miałam czasu zmartwić się długo, bo akurat umarł teść i jedno nieszczęście przysłoniło drugie. Wizyty u lekarza, wyjazdy na jodowanie do Warszawy, badania, USG, ciągłe kontrole markerów i tak leci do dziś. Mąż z córką pocieszali mnie w trudnych chwilach.
    Największy cios otrzymaliśmy w 2005 roku, kiedy córka dowiedziała się, że ma raka tarczycy. Wnusia była maleńka, a tu takie nieszczęście. Bardzo się przestraszyłam, że jakieś fatum zawisło nad moją rodziną. Na dodatek czułam się winna, bo to genetyczne odziedziczona choroba. Najgorsze było wtedy, kiedy nie mogła przebywać z dzieckiem, promieniując od radiojodu. Nasza pomoc była niezbędna i staraliśmy się ją nieść, właściwie sobie nawzajem.
   I tak zżyliśmy się z ciągłymi wizytami w przychodniach, często siadujemy u tej samej lekarki razem z córką. Zapewniam, że uśmiech nie zniknął z naszych twarzy. Wręcz przeciwnie, jesteśmy pogodni, staramy się iść przez życie z uśmiechem i tylko nieliczne lęki zakłócają nam normalną codzienność.
   Rak, to nie wyrok, tylko musi być w porę wykryty. Wszystkim moim drogim blogowiczom życzę dobrego zdrowia i jak najmniej zmartwień. 
                Niech słońce rozświetla Wasze życie! 
                    Bądźcie zdrowi i szczęśliwi!

niedziela, 21 października 2012

Jesienne kolory dla chorej dziewczynki

  Na blogu Gigi przeczytałam o chorobie Leontien. Ponieważ wiem, że dobra energia przesyłana osobie, która jej potrzebuje pomaga, wybrałam się dziś na spacer z aparatem fotograficznym. Starałam się sfotografować najpiękniejsze kolory jesieni, które przekazuję tej przesympatycznej dziewczynce do samego serduszka. Wiem co znaczy zmagać się z chorobą i jak bardzo wtedy jest potrzebna pomoc innych.
   Trzymaj się dziecko i nie poddawaj. Wraz z pięknymi kolorami liści, przekazuje Ci tyle dobrych życzeń, ile zdołasz przyjąć.
Blog Leontien



piątek, 19 października 2012

Unity Line. Polonia wypływa w rejs do Ystad

  Prom Polonia wszedł do eksploatacji w 1995 roku i do tej pory jest jednym z najnowocześniejszych i najbardziej luksusowych promów pływających po Bałtyku.
   W trakcie jednego rejsu na pokładzie promu może znajdować się do 1000 osób, 150 samochodów osobowych, do 120 samochodów ciężarowych i opcjonalnie 600 metrów wagonów kolejowych.
   Polonia znana jest z licznych atrakcji, które uprzyjemniają podróż pasażerom. Na promie znajdują się m.in. dwie restauracje à la carte, kafeteria, dyskoteka, pub, dwa bary koktajlowe, bar przekąskowy oraz bogato zaopatrzone sklepy.
  Nie ma przyjemniejszej drogi do Skandynawii!
Cyt: http://www.unityline.pl

niedziela, 14 października 2012

Jak znalazłam się w ostatniej ławce

Klasa pierwsza
   Dziś Święto Nauczycieli, składam im najserdeczniejsze życzenia. W piątek nasza wnusia miała pasowanie na ucznia, a ja wróciłam myślami do czasów, kiedy poszłam pierwszy raz do szkoły.
Działo się to na Białorusi.
   Minęło lato 1954 roku. Obuta w czarne trzewiki, powędrowałam do pierwszej klasy. Szkoła w Wawiórce, oddalona o trzy kilometry od Radźwiłowców, wydała mi się ogromna i krzykliwa. Nauczycielka wygłosiła mowę powitalną i wtedy zauważyłam, że nie bardzo rozumiem o czym mówi. W naszym domu mówiło się po polsku. Dlatego ciężko mi było odnaleźć się w rzeczywistości szkolnej.
   Wychowawczyni była Białorusinką. Do klas pierwszych nie przydzielali Rosjan, bo dzieci najczęściej nie znały ich języka. Nina Iwanowna, okazała się miłą i łagodną kobietą.
   Jeden fakt tylko zmarnował dobre wrażenie z pierwszego dnia nauki. Znalazłam się w ostatniej ławce, mimo że nie byłam wysoka, na dodatek z Wierą Kurłowicz. To przez jej ojca, mojego wywieźli na Syberię. Oddział AK kierowany przez Kurłowicza odwiedził nasz dom w poszukiwaniu jedzenia i odzieży. Wkrótce wszyscy zostali aresztowani, a na przesłuchaniu Kurłowicz podał nazwisko mojego ojca. NKWD tylko czekało na nazwiska "przestępców". Za to ojciec dostał wyrok - 25 lat zsyłki na Syberię.
   Resztki oddziałów AK na naszych terenach Rosjanie zlikwidowali dopiero na początku lat pięćdziesiątych.
   Nazwisko Kurłowicz tyle razy było wymieniane w naszym domu, że zapamiętałam je dobrze, więc kiedy nauczycielka obok mnie posadziła Wierę, rozpłakałam się. Do dziś zastanawiam się, czy zrobiła to celowo. Nigdy nie polubiłam tej koleżanki i starałam się nawet nie patrzeć w jej stronę.
   Bolało jeszcze jedno, że pierwsze ławki zajmowały dzieci pochodzenia rosyjskiego i Białorusini, bo byli ładnie ubrani, a dziewczynki nosiły białe kokardy we włosach. Polskie dzieci były skromnie ubrane. Bosonogie towarzystwo nawet do fotografii ustawiali z tyłu.
   Różnice w traktowaniu Polaków czuło się na każdym kroku. Doświadczaliśmy tego często, a szczególnie mój starszy brat. Nauczyciele wyzywali go od "parazitów i biełych banditów". Dlatego zbuntował się i nie chciał uczyć. Mama miała z nim wielkie problemy.
   Tak rozpoczęła się moja rusyfikacja. Najgorsze nastąpiło w klasie drugiej, kiedy nauczyciele zapisywali nas do pionierów.

  Potem nauczyłam się postępować tak, abym była lubiana i dopięłam swego.

wtorek, 9 października 2012

Nigdy niewykonana fotografia



   Był ciepły jesienny dzień 1956r. Bawiłam się z pięcioletnią siostrą na podwórku. Przyjechała na rowerze listonoszka i powiedziała, że nasz tato jest w Wawiórce.
   Mamy nie było w domu, a do mnie ta wiadomość nie docierała. Tato nasz jest na Syberii, w Workucie, w więzieniu, wróci za 25 lat. Powtórzyła jednak. Chwyciłam siostrę za rękę i tak jak stałyśmy, boso, pobiegłyśmy do oddalonej o 3km Wawiórki.
   Na głównej drodze, cioteczny brat posadził nas na rowerze i powiózł dalej, on już wiedział… . Zatrzymaliśmy się w centrum. Na brązowych, drewnianych walizkach, siedzieli dwaj panowie w granatowych uniformach.
 -Wacek, czyje to dzieci – zapytał jeden z nich.
 -Twoje - odpowiedział mu Wacek.
   Wpadłyśmy w wyciągnięte do nas ręce. Nie poznałam go, ale domyśliłam się, że to naprawdę jest nasz ojciec. Kiedy go aresztowali, miałam pięć lat, a przez następne pięć nie było go z nami. Siostry nie znał, mama była z nią w ciąży, kiedy pod eskortą ruskich żołnierzy ojciec wychodził z domu.
 -Czy jest tu gdzieś fotograf… 
 -Czy jest tu gdzieś fotograf? – pytał ojciec kilka razy.
   Nie było w tej miejscowości nikogo, kto uwieczniłby wzruszający powrót naszego taty z więzienia.  Przez całe życie, ta nigdy niewykonana fotografia, towarzyszy mi w myślach. Widzę na niej ojca,  który trzyma na kolanach nas, swoje córki, po pięcioletnim pobycie w obozie, na dalekiej Syberii.
   Ojciec mój był skazany na 25 lat łagrów, za pomoc Armii Krajowej. Po śmierci Stalina wyszedł na wolność i tak wyglądało nasze powitanie.

 Fragment wspomnień pisanych przez ojca.
"Mogliśmy wracać do rodzin, wróciła dawno już utracona nadzieja. Powrót rozpoczął się 25 września 1956 roku. Piszę rozpoczął, bo nie była to bliska i łatwa do pokonania droga. Jednak spotkanie z najbliższymi i córką, której nigdy nie widziałem, wynagrodziła wszystkie trudy."


Widok miasta Workuta.
Tę fotografię wysłaliśmy ojcu do więzienia.
Pierwsza fotografia ojca, przysłana nam z Workuty.
Nieńcy-mieszkańcy Syberii.


piątek, 5 października 2012

Park Miniatur Latarni Morskich w Niechorzu - gazanie

   W Parku Miniatur Latarni Morskich w Niechorzu,  na trawnikach rosły przepiękne gazanie. Rzucały się w oczy i zwiedzający chętnie robili im fotografie. Wiedziałam, że ich kolory przydadzą się na słotny, deszczowy,  jesienny czas, dlatego zatrzymałam je w kadrze.
   Od kilku dni pogoda nie nastraja optymistycznie, dlatego zamieszczę zdjęcia słonecznych kwiatków, aby poprawić sobie i Wam humor.
   Nie martwmy się,  przeminie jesień, potem biała zima i  znów nam zaświeci ciepłe, wiosenne słonko.
  Dołożę kilka aromatycznych poziomek. Smacznego.