niedziela, 26 grudnia 2010

6.Mój brat.


                                                 Dzieci Sybiraka.

   Pisałam już, że bardzo często chodziliśmy głodni. Łatwiej było przetrwać latem, bo żywiła nas przyroda. Od wczesnej wiosny bawiliśmy się na łąkach, a tam kiełkował szczaw. Wyjadaliśmy go skrzętnie, zanim zdążył wykiełkować z ziemi.
Chatka p. Łyszczykowej.
                           
   Ta fotografia została wykonana w 2000r. i jest to chatka naszej dawnej sąsiadki. Wzruszyłam się na widok opuszczonego, małego domku. Zajrzałam przez okno i zobaczyłam piec i meble, jakby za chwilę miała wejść do niej gospodyni z wiaderkiem mleka. Łąki pozostały te same, a na fotografii dorobiłam efekt wody, ponieważ w 1957r były w tym miejscu stawy. Dziś są wokół zielone łąki, a bagna osuszono.
   Często bywaliśmy głodni. Brat mój, w wieku dziewięciu lat pasł krowy sąsiadki i otrzymywał za to niewielkie wynagrodzenie. Pamiętam, że kupił sobie za te pieniądze wymarzony scyzoryk, a resztę pieniędzy zawsze oddawał mamie. Pani Kowalowa, do której należały krowy, codziennie przynosiła Czesławowi śniadanie, a on dzielił się nim z nami, siostrami. Ta dobra kobieta wiedziała, że nam ciężko. Nie tylko zresztą ona. Wszyscy sąsiedzi  częstowali nas czym mogli. Nie pamiętam jednak przypadku, abyśmy sami prosili kogoś o jedzenie.
   Brat dzielił się więc z nami nie tylko śniadaniem, ale zrywał orzechy, zbierał jagody, zdobywał owoce. Nigdy ich nie kradł, tak jak robili to inni chłopcy. Mama zawsze powtarzała: Nie kradnij synku, tato bardzo by się wstydził gdyby się dowiedział. Nas nie trzeba było bić. Wystarczyło, że mama spokojnie przypominała o ojcu, który tysiące kilometrów od nas, na dalekiej Syberii, myśli o nas i chciałby abyśmy byli grzeczni.
   Bliziutko był las. Chodziłam tam z bratem na słodziutkie poziomki. Kiedyś nazbierałam ich dużo, a tak pięknie pachniały. Zaczęłam wpychać jagody do buzi trzymiesięcznej siostrzyczce. Mogłoby się to skończyć dla niej tragicznie, gdyby mamy nie było w pobliżu. Powygrzebywała dziecku poziomki z buzi i wytłumaczyła, że maleństwu nie wolno dawać takich rzeczy, że ono je tylko mleczko. Skąd  miałam o tym wiedzieć?
   Brat dzielił się z nami wszystkim, ale czasami jego łakomstwo brało górę i zjadał na moich oczach całą paczkę herbatników. Na końcu wyjmował z buzi okruszynkę i mówił - "ja z tobą ostatnią okruszyną się podzielę".
                    

3 komentarze:

  1. Czytam i łzy lecą mi ciurkiem, z nosa mi kapie.
    Nie wiem co to głód. Bardzo Ci współczuję.
    Wyobrażam sobie jak bardzo ciężko musiało być Twojej mamie...Czwórka dzieci, a mąż na Syberii.
    Dobrze, że sąsiedzi rozumieli Waszą ciężką sytuację.
    Bardzo dziękuję, za ukazanie tamtych czasów...
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Klik dobry:)

    Dzisiejsze dzieci chyba uznałyby taką opowieść za bajkę. Choć też dużo dzieci i dzisiaj bywa głodnych, ale na łąkach to się nie żywią. A ja pamiętam, że jadłam bucę, nie z głodu, ot tak, wszystkie dzieciaki jadły, to i ja. Takie łodygi, z których skórkę zdzierało się, jak z rabarbaru.

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Też pamiętam takie czasy, ale chyba już pisałam, że my nigdy nie chodziliśmy głodni, bo rodzice mieli krowę, dwie świnki i wiele kur. Szczaw i poziomki zawsze jadłam, gdy pasłam krowę, jagody i borówki też.
    Miałaś wspaniałego brata.
    Serdecznie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Sposób komentowania:
Wybrać-Nazwa Adres URL
Wpisać nazwę w pierwszym okienku
Adres URL w drugim - czyli adres bloga.
Anonimowi- nazwę proszę pisać w komentarzu.